04 kwietnia

Hautes Fagnes wczesną wiosną






Na tą chwilę czekaliśmy przez całą zimę: ruszyć na południe, zostawić za sobą industrialną Holandię i zagłębić się w belgijskiej naturze. Tak, tak, w ostatnich tygodniach Belgia kojarzy się wszystkim z terrorystami, bombami i chaosem w Brukseli, ale w tym kraju jest jeszcze coś więcej niż tylko miasto stołeczne. Ba, dla naszych dzieci Belgia to kraj dziki, pełny niespodzianek i skarbów przyrodniczych, oraz najbliższe miejsce od naszego domu, gdzie można kupić chleb, który smakuje jak chleb. 


Na początku ubiegłego tygodnia dostrzegliśmy okno pogodowe, które właśnie miało się otworzyć, podjęliśmy więc szybką decyzję i w sobotę rano ruszyliśmy w drogę. Cóż, z tym oknem to prawie jak w Himalajach, od niepamiętnych czasów w Ardenach było zimno i padało bez końca, jeszcze w czwartek w Ovifat padał śnieg, a w sobotę i niedzielę cieszyliśmy się słońcem na szlaku. W tym tygodniu opady śniegu mają powrócić. Jako cel znowu wybraliśmy okolice Hautes Fagnes, o których wspominałam już wcześniej (klik i tu klik i jeszcze raz klik). Pierwszego dnia wędrowaliśmy po kładkach na zachód od Baraque Michel (klik). Widoki piękne, natura w najlepszym wydaniu i to cudowne uczucie, kiedy spaceruje się po kładkach ponad torfowiskiem. 

Uff, jak bardzo tęskniłam za piknikiem na szlaku. Nie ma to jak cudowny chleb z Baraque Michel:





Ale zew odkrywcy się odezwał i szukaliśmy drogi, którą jeszcze nie szliśmy. Na rozstaju kładek podążyliśmy tą nieznaną, która jednak po kilkuset metrach zamieniła się w drogę gruntową. I tu przypomnę, byliśmy na torfowiskach, zima jeszcze na dobre nie zniknęła za horyzontem, a śnieg padał obficie dwa dni wcześniej. Cóż, błoto przed nami, ale nie takie rzeczy... Ruszyłyśmy w Maluszką przodem. Przez gorsze fragmenty drogi przenosiłam ją pod pachą, ale byle do przodu! I droga układała się w pewną sekwencję: przed nami kawałek z błotem o dwa stopnie gorszym niż dotychczas, ale ten jeszcze następny będzie o jeden stopień lepszy niż następny. I dalej podobnie. Czyli jesteśmy na poziomie zabłocenia "0", następny to "-2", kolejny "-1", a dalej "-3" i "-2"... Poziom rozmoczenia drogi wzrastał, ale przecież nie zrezygnujemy... Chłopcy poszli lasem, ale my byłyśmy twarde, dalej po błotnistej drodze... Od pewnego momentu Maluszka już cały czas była pod moją pachą, a ja coraz częściej w myślach wypowiadałam: "!?!!&%@". A ona radośnie krzyczała: "Mamo, ja latam!".

W pewnym momencie poczułam, że w błocie zapadam się coraz głębiej i głębiej... przeszłam dalej, a tam moja noga zanurza się w czarnej mazi jeszcze głębiej... i znowu... Efekt:




Poddałyśmy się :) Skonstruowałyśmy tymczasowy most i przez rów z wodą przedostałyśmy się do chłopców do lasu. A oni w czystych butach (no, prawie) radośnie przyglądali się naszym zmaganiom z belgijskimi torfowiskami :) A my chciałyśmy dobrze, przecież zawsze przy wejściu na szlak jest napis: "nie schodź z wyznaczonych ścieżek" :) Ale z jaką radością wyjmowałam później z bagażnika zapasowe buty!






Dawna granica belgijsko-pruska:


Dwa dni wcześniej padał śnieg:




Kto widzi żaby? (nie miałam lustrzanki, więc zdjęcia tylko z telefonu):




Lekcja biologii, żabi skrzek:




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Cały ten Beneluks... , Blogger