18 marca

Wodny transport i Dordrecht





Turyści przybywający do Rotterdamu zwykle najpierw kierują się w stronę Erasmusburg, czyli wiszącego mostu na Nowej Mozie. Kolejny krok to kolejka po bilety na łódź Spido i rejs po porcie. Jest to naturalna sekwencja i my też mamy te punkty zaliczone (klik klik). Ale oczekując wśród tłumów na nabrzeżu zwróciłam uwagę na małą, niepozorną przystań obok, do której podpływały autobusy wodne. Po powrocie mój przyjaciel Google ze swoim bratem Google Translate pomogli mi w zaplanowaniu kolejnej wyprawy z cyklu "Odkrywamy Holandię". Kierunek: Dordrecht!


Piękne jest to, że autobusy wodne (waterbus.nl) są częścią transportu publicznego, wiele osób dojeżdża nimi do pracy, czyli można podróżować płacąc kartą OV-chipcard (klik klik). Godzinny rejs kosztuje wtedy 4 euro. Autobusy, jak cała flota holenderskiego transportu publicznego są bardzo wygodne, lotnicze siedzenia, internet, a na zewnętrznym pokładzie miejsca na rowery. I o ile kolejka na łodzie Spido jest zawsze dłuuuuuga, nasz rejs do Dordrechtu był bardzo kameralny.





Po drodze można podziwiać panoramę Rotterdamu, dalej już mniej spektakularne tereny industrialne, ale i Arka Noego zdarzyć się może.




Dordrecht jest przyjemnym miejscem. Starówka może nie jest duża, ale warto ją zobaczyć. Ja, jak zwykle, narzekałam trochę, że wszystkie miasta w Holandii są prawie identyczne, na co L. wynajdował różnice. A więc czym Dordrecht się wyróżnia? Miasto położone jest niemal zupełnie na wodzie (hm, nawet w Holandii są miasta mniej lub bardziej wodne). Jest już nieco mniej "kwiatowe" niż np najbliższe okolice Hagi, nie mówiąc o Lisse. Przypominało mi nieco Brugię, było dla mnie mocno flamandzkie. 









I jeszcze kilka ciekawostek. Dordrecht jako pierwsza miejscowość w Południowej Holandii otrzymał prawa miejskie (1220 r.), a rozwinął się głównie dzięki handlowi winem, drzewem i zbożem. 




Jeśli chodzi o nasze odkrywanie Dordrechtu, to jednym z najjaśniejszych punktów był sklep (wyroby własne) i pijalnia czekolady 'n-Joy Chocolate (klik klik). Cóż, wielkich odkryć często dokonuje się przez przypadek. Maluszek zażądał pilnej wizyty w toalecie, więc nerwowo biegliśmy po uliczkach w poszukiwaniu czynnego lokalu. A jak wiadomo w słoneczne niedzielne popołudnie większość kawiarenek zamkniętych jest na cztery spusty, pijalnia czekolady była więc dla nas jak oaza na pustyni. Ale doceniliśmy ją nie tylko ze względu na otwartość, ale też jakość wyrobów czekoladowych, których to z chęcią popróbowaliśmy.

I tu w zasadzie nasza wycieczka miała się zakończyć. Czekała nas jeszcze 40-minutowa podróż pociągiem do Hagi Centralnej i pożegnanie z weekendem... Ale tak nie było. Na stacji kolejowej okazało się, że miało miejsc jakieś zdarzenie na torach pomiędzy Dordrechtem i Rotterdamem, wszystkie pociągi zostały więc zatrzymane do odwołania. Próbowaliśmy znaleźć taksówkę, żeby dotrzeć do przystani i złapać autobus wodny, ale taksówki to dobro rzadkie w Holandii i zostały momentalnie przechwycone przez pasażerów udających się na lotnisko. Rzuciliśmy się więc do biegu do przystani i... mieliśmy niepowtarzalne szczęście pomachać łodzi odbijającej od nadbrzeża. Spóźniliśmy się dokładnie minutę! Ale nie ma tego złego... Obok była bardzo przyjemna restauracja położona nad samą wodą, więc godzina oczekiwania na kolejny autobus wodny była czystą przyjemnością. Rejs do Rotterdamu w świetle zachodzącego słońca będę długo pamiętać, a później metro do dworca głównego, pociąg do Den Haag HS, tramwaj na dworzec główny w Hadze, a następnie autobus do domu :) Podróż powrotna przedłużyła się więc o około 3 godziny, ale nie żałuję :)




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Cały ten Beneluks... , Blogger